niedziela, 26 czerwca 2016

Górska chata i poranek w Alpach Bawarskich





Wyjazd do chaty w górach z balkonem lub tarasem, że już nie wspomnę o bezpośrednim wyjściu do ogrodu, czy na polanę górską, zawsze było moim marzeniem. Miało się to ziścić w moje urodziny rok temu, ale niestety pogoda nie dopisała i w 2015 roku pojechaliśmy oglądać inne szczyty- wieżowców we Frankfurcie nad Menem. Też było pięknie, ale sami wiecie...rozumienie... to nie to samo. W tym roku pogoda też szalała. Na początku czerwca, kiedy mam urodziny ciągle zapowiadali burze i deszcze, a przecież  w górach pogoda musi być dobra, zwłaszcza kiedy jedzie się ze sprzętem  fotograficznym.

Już myślałam , że znowu się nie uda, bo z jednej strony niepewna pogoda, z drugiej trudność w dopasowaniu wolnego terminu w pracy i jeszcze to wszystko tak zaaranżować, aby wyjazd odbył się w pobliżu moich urodzin (jako prezent od męża), więc nie było to łatwe.

Dlatego, kiedy tylko zobaczyłam, że weekend 27-30 maj zapowiada się z całkiem dobrą pogodą, z miejscowymi tylko burzami i to nie przez cały dzień, zaryzykowałam. Na 2 dni przed wyjazdem, na Booking.com nie było prawie nic wolnego. Pierwszy raz zrobiłam tak szybko rezerwację, wybrałam tylko region/miejscowość, najniższą cenę i ENTER. Najtańszy był  4-gwiazdkowy dom. Nawet nie byłam pewna, gdzie dokładnie będzie stał,  wiedziałam tylko, że gdzieś pomiędzy Berchtesgaden a Ramsau. Generalnie nie lubię takich “randek w ciemno“, staram się zawsze przed urlopem wszystko dokładnie sprawdzić, aby na miejscu nie było niespodzianek, tych niemiłych oczywiście. Tym razem decyzja musiała zapaść szybko, aby w ogóle nasz wyjazd mógł dojść do skutku.

Widok z okna po przebudzeniu następnego ranka był początkiem naszego zachwytu tym miejscem, ale po kolei…

Z Norymbergi, gdzie mieszkamy, wyjechaliśmy po południu. Mieliśmy do przejechania 320 km, najpierw autostradą A9 do Monachium , potem A8 w kierunku Salzburga. Po przerwie na kawę i lody w ślicznym Rosenheim, minęliśmy Chiemsee - największe bawarskie jezioro, nazywane "Bawarskim Morzem" (przyjedziemy tu następnym razem). Następnie w miejscowości Bad Reichenhall zjechaliśmy z  autostrady i po przejechaniu przez dolinę Berchtesgaden, nasza nawigacja skierowała nas na drogę przypominającą raczej ścieżkę rowerową. Robiło się już ciemno. Droga (to brzmi dumnie w tym przypadku) do naszej chaty górskiej, w ostatnim jej etapie nagle zaczęła mocno wznosić się ku górze. Po kilku serpentynach, z miejscem na jedno auto (lub rower) opuściliśmy ciemny las i przed naszymi oczami ukazała się cywilizacja- brama na pilota do naszej chaty wśród szczytów i hal. 
Był już późny wieczór, kiedy rozpakowaliśmy rzeczy i weszliśmy z właścicielem do domu. Góry w oddali poprzeplatane ciemnymi chmurami  dodawały temu miejscu szczyptę  tajemniczości. Nic nie widzieliśmy, gdzie jesteśmy i czy w ogóle jest pięknie. Mieszkanie za to było fajnie urządzone, w górskim, bawarskim stylu. 






Było jednak za duże jak dla nas, bo sypialnia, ogromny pokój dzienny z wyjściem na balkon, kuchnia, łazienka.
Dom był z kilkoma mieszkaniami, ale my mieliśmy osobne wejście od strony gór , mieliśmy też wiatę do zaparkowania samochodu i mały ogródek ze stołem i krzesłami.


Nasze mieszkanie nazywało się jak najwyższa góra w okolicy: Watzmann. W sypialni wisiał nad łóżkiem obraz z tym szczytem, a rano okazało się , że mamy go na wyciągnięcie ręki. Widać go było zarówno z sypialni, jak i z salonu. Jeszcze słońce nie wstało, ale my już tak i podziwiamy go ośnieżonego, w towarzystwie zachodzącego księżyca. Trochę ciemne te pierwsze widoczki, w końcu to 4:30

Może nie mieszkaliśmy strasznie wysoko (bo jakieś 1000 m n.p.m.), ale mieliśmy wrażenie, że  nasz główny model do fotografii: Watzmann (2718 m n.p.m. ) wydaje się nam jakby bliższy. Było pięknie. 

Dobrze, że wieczorem nastawiłam budzik na 4:30. Nie żałowaliśmy ani jednej sekundy niewyspania. Świt w górach, ta cisza i powoli narastające światło, przesuwające się po górach i dolinach niczym muśnięcia malarza artysty, są tak silnym przeżyciem, że nie czuliśmy głodu i zmęczenia i nieco póżniej zjedliśmy śniadanie. Kawa, która zwykle jest dla mnie najważniejsza rano, w trakcie robienia zdjęć nie miała znaczenia. Na urlopie jestem prawdziwym rannym ptaszkiem, zwłaszcza kiedy miejsce jest cudowne. 









Richard poszedł dalej, za naszą polanę, pod las. 




Zrobił też stamtąd to ujęcie naszej chaty,




 a ja ze strachu, bo od strony lasu słyszałam jakieś zwierzęce odgłosy, fotografowałam przy domu. Bawiłam się tematem sielankowych górskich widoczków i wschodzącym słońcem z tyłu domu. 




Ogromne stokrotki w naszym ogródku komponowałam sobie w kadrze i czułam, że życie jest piękne. 










Razem czuliśmy to samo, tym bardziej, że mamy wspólną pasję- właśnie fotografowanie. 






Ponad 3 godziny cieszyliśmy się tym porankiem. 

Przez chwilę się zachmurzyło, ale potem znowu niebo się zaniebieściło, więc szybka kapiel, kawa na balkonie i w drogę...ku przygodzie. 
Następna relacja będzie już z wycieczki statkiem po szmaragdowym jeziorze Königssee i ze spacerów po innych cudnych zakamarkach tej części południowo-wschodniej Bawarii. 

Najlepsze zdjęcia, które też sprzedajemy między innymi w bankach zdjęć :Dreamstime i Shutterstock, prezentuję na mojej stronie Photography of Moments www.anjaduda.com. Jeśli chodzi o zdjęcia z tego weekendu, to zajrzyjcie proszę do Galerii: German Landscapes / Niemieckie Krajobrazy. Tutaj jest LINK: http://www.anjaduda.com/REISE-TRAVEL/German-landscapes/

4 komentarze:

  1. Super Aniu wspaniała foto relacja! Piękne zdjęcia. Gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję, cieszę się, że się spodobało. Pozdrawiam ciepło, Anja

      Usuń
  2. Piękne miejsce-aż chce się je zobaczyć na własne oczy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak jest tam pięknie i co najważniejsze niezbyt daleko...a to ważne.

      Usuń

Jeśli to Ci się podobało, to proszę udostępnij lub napisz kilka słów komentarza.
Dziękuję bardzo, Anna Duda

Archiwum bloga

Popularne posty